lutego 22


Pobudka o 7.oo rano. Standard dla ludzi pracy, absolutna nienormalność dla mnie. Szybkie wskoczenie na komputer, rzucenie okiem na te newsy, które w ogóle mnie nie interesują. Ale zaraz potem przejrzenie wiadomości związanych z tym, co się dzieje w Belgradzie. I dłuższa analiza relacji, jak się skończyła wczorajsza debata Obama vs Clinton, której nie obejrzałem do końca rezygnując około 3:35AM czasu polskiego.

Nie pakuję się w ogóle, bo wczoraj się nie rozpakowywałem. Po 20 minutach jestem na kaliskim dworcu kolejowym. W pociągu od Innych odgradzają mnie dwie rzeczy. Słuchawki, które połączone z mp3playerem, odtwarzają nową płytkę Kate Nash (pisałem o niej przy okazji mojej brytofilii, która jak widać - nie minęła). Drugą rzeczą jest książka o facecie, który chociaż podróżnikiem nie jest, to zwiedził pół świata.. z czego część z niezbyt ciekawych warunkach. Tak się składa, że teraz jest szefem polskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych.

Po trzech godzinach tułaczki jestem w Poznaniu. Czas na prysznic, zawiązanie krawata, wrzucenie na siebie bardziej formalnych ubrań, i… na małe przepakowanie w plecaku. Potem gościnny rosół, herbata, napisanie tej notki… i wyruszam na Toruń. Nie lubię zostawać w miejscu ;-)


lutego 20


O niektórych rzeczach nie powinno mówić się głośno…

Nie wylatuję do Londynu. Nie wylatujemy.

Niestety nie możemy Wam napisać dlaczego - na razie.


lutego 15


Choruję.

 

Nieco ponad tydzień temu moje płuca i gardło zaatakowała dziwna (raczej nie filipińska) choroba. Kaszlałem, jak oszalały z częstotliwością 1 kaszlnięcie na 30 sekund (czyli 2 kaszlnięcia na minutę, albo 120 kaszlnięć na godzinę) przeciętnie, bolały mnie plecy, a za 14 godzin miałem mieć egzamin z socjologii, ustny (sic!). Postanowiłem udać się do przychodni akademickiej i przypomniało mi się, że choruję w tym kraju nie tylko ja (godzina 8 rano z minutami, pusta poczekalnia, a ja jestem zdany na łaskę pani doktor), służba zdrowia choruje. I stan jej jest tak mizerny, że można by już pisać nekrologi zatytułowane “św. Polska Służba Zdrowia”.
Pani doktor zadała mi, studentowi, bardzo dziwne pytanie - “jaką ma Pan temperaturę?”. Z udzielonej odpowiedzi (“Otwieracz do piwa, czy korkociąg się w mieszkaniu studenckim zawsze znajdzie, ale termometr?!”) nie była zadowolona. Przepisała leki i na szczęście wyszedłem z przychodni tego samego dnia kalendarzowego, co do nie wszedłem. A socjologię zaliczyłem, może nie śpiewająco, ale kaszląco na pewno.
W ogóle nie o tym miałem pisać!!!!!!!!! Z choroby wykaraskałem się w 2-3 dni. Michał, mój współlokator, dłużej ją znosić musi, a ja czuję się winny tej sytuacji.

 

Po mojej chorobie fizycznej nie ma już właściwie śladu, ale zostaje problem z chorobą psychiczną. Jako, że internet wie wszystko, a czego nie ma w googlach to nie istnieje poszukałem nazwy mojej choroby właśnie tam. Wikisłownik podpowiedział mi, że:

przyrostek -filia określa upodobania, zamiłowania, skłonności do czegoś

Jeżeli mam świra na punkcie brytyjskiego akcentu, a zgodnie z definicją słownikową upodobałem sobie i mam skłonność do tego akcentu, to czy można to nazwać, na przykład, brytofilią?

Świadom tego, że akcentów brytyjskich jest wiele, smakuje każdy po kolei. Rozkochuje swoje uszy w dialogach z filmów takich, jak Lock, Stock and Two Smoking Barrels”, czy “Snatch”. Później do tego dodaję szczyptę “Trainspotting” i zaczynam powoli wariować. Kiedy wstaję i krzątam się po pokoju z głośników mojego starego, ale jeszcze działającego, laptopa śpiewa dla mnie Kate Nash. Czasami Lily Allen podpowiada mi to i owo. Razem z Amy Winehouse podśpiewujemy sobie pewien refren, bo mamy wspólne problemy (i nie chodzi tyle o “Love is a loosing game”, a bardziej o “They tried to make me go to rehab.. I said no, no, no”).

Nawet dobrze nie pamiętam od czego się to wszystko zaczęło. Pewnego razu zasłyszałem zremiksowane “Fit but you know it” The Streets z Kano i Lady Sovereign (hot!). Jakoś 3 dni później miałem wszystkie płyty, jakie wydali do tej pory. Cytowanie z pamięci “Dry your eyes” często pomagało, “Blinded By The Lights” odwzorowywało niektóre imprezy, “Don’t Mug Yourself” okazywało się filozofią życiową.

Przy okazji słucham Lady Sovereign. Oszalałem, kiedy poznałem Just Jack - na jednym portalu społecznościowym zostali porównaniu właśnie do The Streets. Musiałem ich posłuchać i tak słucham od dzisiaj - serwis last.fm, który zbiera dane o tym, czego słucham na moim starym, ale jeszcze działającym laptopie, mówi o 773 razach :-)

I tak życie się toczy, wokół zamiłowania do brytyjskiego akcentu, i tym akcentem jest opisywane i komentowane. Czas posmakować go w wersji live - 5 dni do wylotu :-)


lutego 13


7 dni do wylotu. Dzisiaj będzie o Wielkiej Brytanii i Londynie tylko pośrednio. Odkopałem film, który nakręciłem przy okazji pobytu z JJ w Hiszpanii, a dokładniej w Gibraltarze. Pierwszy raz w życiu widziałem, żeby wstrzymywano ruch pieszych i wszelkich pojazdów na drodze dla umożliwienia startu samolotom. Państwo to jest na tyle małe, że pas startowy krzyżuje się z jedyną ulicą, która prowadzi z La Linea do Gibraltaru. Opuszczaliśmy już wtedy Gibraltar wędrując wzdłuż alei Winstona Churchilla w kierunku Hiszpanii, kiedy zauważyliśmy korek i szlabany. Wyciągnąłem szybko aparat, opcja “record” i oto, co udało mi się złapać.

Lubisz, gdy samolot startuje? Wbija Ciebie w siedzenie, masz świadomość, że cała maszyna gwałtownie przyspiesza, ale tego już tak bardzo nie odczuwasz. Słyszysz, jak rozpędzone koła, kręcąc się, uderzają o pas startowy potrząsając trochę samolotem. Masz świadomość, że wszystko przestaje zależeć od Ciebie, ale od tego gościa siedzącego za kokpitem, facet w wieżyczce i (czasami) sił nadprzyrodzonych. I nagle w Twojej psychice załącza się nowy stan świadomości - jestem w powietrzu…


lutego 12


8 dni do wylotu. Jakoś trzeba będzie sobie zorganizować noclegi na Wyspach, cztery noclegi. Ten ostatni, co już ustaliliśmy, spędzamy na Stansted, czekając na poranny lot. Dwie noce zostaną spędzone odpowiednio: u krewnych Qbalki (pierwsza), no i u naszej bardzo dobrej znajomej, Mileny, którą los przegnał aż tak daleko.

 

Jak znajdziemy pierwszy nocleg w Londynie? Przez Couchsurfing. Nie pamiętam nawet, od kiedy jestem członkiem tej sieci - chyba od początku wakacji 2006 roku. Szykowaliśmy z Michałem wyprawę po Portugalii oraz Hiszpanii i wynalazłem link do tego serwisu na którymś z serwisów społecznościowych. Idea CouchSurfingu polega na wymienianiu się ( oferowaniu sobie nawzajem) miejsc noclegowych, kanap, a czasami nawet miejsc na podłodze - na całym świecie, w niemal każdym zakątku globu.

Wróćmy do ów 2006 roku. W środku sezonu szukałem kogokolwiek, kto mógłby mnie przenocować, nawet na podłodze. Rozesłałem w sumie kilkaset request’ów, czyli prywatnych wiadomości z prośbą o przenocowanie. Większość odpisywała mi, że już od paru miesięcy mają zapełniony grafik noclegów. Mój i Michała błąd, jak skończył się brak możliwości couchsurfingowania u Portugalczyków i Hiszpanów, opowiem przy innej okazji.

Bogatszy o doświadczenia wiedziałem, jak zabrać się za te sprawy w następne wakacje. Rok później, w Kadyksie na placu, którego nazwy nie pamiętam, o określonej godzinie czekaliśmy z JJ na pewnego przystojnego Hiszpana. Po kilku minutach rozmowy, ot tak sobie dał nam klucze do swojego mieszkania, tłumacząc się nam, że musi wracać do pracy. Pożegnał się jeszcze “bye, my friends” i poszedł… Takie zaufanie! No i nocleg za free w bardzo komfortowych warunkach. Plus możliwość porozmawiania następnego dnia przy popołudniowej kawie z osobą nas goszczącą :-)

Nocleg w Londynie przez CouchSurfing też się znalazł - i to, o dziwo, po 15 minutach od rozesłania request’ów. Chyba polubię to miasto.


lutego 11


Jedzie się, bo tam niebo jest błękitne i miło zadrzeć głowę, o czym wie nawet katedra na Piazza del Duomo. Gołębie też inne - nie mają zapędów wojowniczych ani malarskich. Światło inaczej rozszczepia się w nagich gałęziach drzew rosnących gęsto pośrodku każdej szerszej alei. Na ulicach włoski gwar, co krok - nowe rondo, gdzie “prosto” wcale nie znaczy prosto. Chodniki jakoś dźwięczniej wystukują rytm życia. Uśmiech lepiej i naturalniej wychodzi, ot tak, od niechcenia, Włochów to nie męczy. Wielkie place, schody, inna architektura. Katedra dopracowana jak wzór fizyczny, tylko znacznie przyjemniej wyglądająca. Dumne z siebie kamienice. Trzeszczące windy o żelaznych, fotogenicznych prętach. Wędrówki z aparatem przewieszonym przez ramię. Piękna moda uliczna. Nasycenie stylem, jakiego w Polsce chyba nigdy się nie doświadczy. Brunecka uroda eleganckich i swobodnych Włochów z rękami w kieszeniach, co u nich jakoś nie razi. Buty, buciki — zabajka obuwnicza.

Mediolan, gdzie znajduję najwięcej drobnych na szczęście. Mediolan, gdzie wszystko jakoś łatwiej, pomyślniej się układa. Mediolan - gdzie nawet “dziękuję” usta porusza z tajemniczą gracją. Prężne trzypiętrowe księgarnie - wylęgarnia moleskine’ów. Mediolan - moje ulubione miasto na świecie. Mediolan - tam czuję się u siebie. Mediolan, Milano, Milan - tam mogłabym mieszkać i nigdy się nie nudzić. Życie melodyjne, gdzie codzienność to niemonotonne mormorando.

A Ty - - po co jeździsz do Włoch?


lutego 10


Przy okazji porannej niedzielnej kawki, ale zaraz po tym, jak uświadomiłem sobie, że przegapiłem właśnie odcinek “Boso przez świat” Cejrowskiego, rzuciłem jeszcze raz okiem na fotografie, które zostały wyróżnione w konkursie World Press Photo 2008. Informowaliśmy już o tym, kto wygrał, pokazaliśmy zdjęcia, które spodobały się nam szczególnie.

Przejrzałem wszystkie po kolei, zachwycając się niekiedy grą światła, niekiedy niesamowitą ostrością ujęć, a zaraz potem rozmazanym drugim planem. Warsztat! - chciałoby się powiedzieć, ćwiczony przecież przez kilkanaście lat. Przez ręce tych fotografów przewinęło się już wiele aparatów. To wszystko jest niezaprzeczalne.

Martwi mnie jednak inna rzecz. Co roku w tych konkursach wyróżniane są zdjęcia, na których głównie pokazywany jest ból, strach, przerażenie, płacz (bynajmniej nie ze szczęścia), krzyk. Rok w rok, zdecydowana większość zdjęć tak wygląda. A przecież większość naszego świata nie jest “zła”… prawda? :-(


lutego 08


Tim Hetherington zgarnął w tym roku główną nagrodę w tym prestiżowym fotograficznym konkursie.

Niemal wszystkie zdjęcia chwyciły mnie, jak co roku, za gardło. Jest jednak kilka, które mi się szczególnie spodobały. Krótki pokaz:

Czytaj dalej »


lutego 07


13 dni do wylotu. Zwątpienie w bilety za 2PLN w dwie strony pojawiło się gdzieniegdzie. Dlatego najpierw dla wszystkich niedowiarków wklejam poniżej wyciętą część naszego wydrukowanego Itinerary. Wszystko widoczne, jak czarne na białym, a właściwie niebieskie na białym :-)

 

Część rachunku Ryanair

 

Oczywiście nie bierzemy żadnych dodatkowych walizek - ot 10kg bagażu podręcznego wystarczy, chociaż będzie to trochę uciążliwe. Będzie trzeba zrezygnować chociażby z maszynki do golenia (bo ponoć mogę nią sterroryzować pół cabin crew, później cały samolot), płynów o określonych pojemnościach (nie wiem dlaczego, ale Unia Europejska wie). Tasaków, siekier oraz scyzoryków szwajcarskich i tak nie miałem zamiaru ze sobą zabierać. Lecimy też bez ubezpieczenia, bo po co ubezpieczać się przy lataniu samolotem? (An exit-door procedure at 1000 ft. The illusion of safety)

 

Koszty wyprawy na 2 złotych nie zatrzymają się na pewno. Już znaleźliśmy najtańszy sposób na przetransportowanie się z lotniska Stansted do centrum Londynu. Koszt? 8 funtów za bilet w dwie strony. Surownym okiem matematyka i ekonomisty mogę stwierdzić, że za jedną złotówkę przelecę około 1300 km, a po wylądowaniu za tą samą złotówkę przejadę się autobusem około 2,5 kilometra. 520-krotnie mniej… świat staję na głowie!

No i czas na organizowanie noclegów w samej stolicy Wielkiej Brytanii - znajomi, kuzynki, koledzy i CouchSurfing - wszystko za absolutne free. O tym już przy okazji następnej notki.


lutego 06


Całe nasze życie jest rodzajem podróży. Przemieszczaniem się z miejsca na miejsce. Odszukiwaniem znaczeń tych miejsc dla nas samych. Interpretowaniem ich, przyswajaniem, adoptowaniem do własnych potrzeb. Podróż to ta cząstka życia, kiedy się rozwijamy i kiedy możemy być naprawdę sobą. Bez balastu ograniczeń i nakazów. Podróże to inspiracje.

W przerwach między podróżowaniem dbamy o wykonanie obowiązków i narzuconych nam zadań. Jesteśmy uwięzieni w mieszkaniach, w salach uczelni, w biurach. Nie pozostaje nam nic innego tylko rozpinać marzenia jak mapy na ścianach. Snuć plany. Oszczędzać energię i inne środki. To najdłuższy czas. Czas powszedni, który rozjaśnia jedynie to oczekiwanie na wyruszenie w podróż. Wtedy wspominamy. Porządkujemy zdjęcia. Wtedy piszemy.