lutego 11


Jedzie się, bo tam niebo jest błękitne i miło zadrzeć głowę, o czym wie nawet katedra na Piazza del Duomo. Gołębie też inne - nie mają zapędów wojowniczych ani malarskich. Światło inaczej rozszczepia się w nagich gałęziach drzew rosnących gęsto pośrodku każdej szerszej alei. Na ulicach włoski gwar, co krok - nowe rondo, gdzie “prosto” wcale nie znaczy prosto. Chodniki jakoś dźwięczniej wystukują rytm życia. Uśmiech lepiej i naturalniej wychodzi, ot tak, od niechcenia, Włochów to nie męczy. Wielkie place, schody, inna architektura. Katedra dopracowana jak wzór fizyczny, tylko znacznie przyjemniej wyglądająca. Dumne z siebie kamienice. Trzeszczące windy o żelaznych, fotogenicznych prętach. Wędrówki z aparatem przewieszonym przez ramię. Piękna moda uliczna. Nasycenie stylem, jakiego w Polsce chyba nigdy się nie doświadczy. Brunecka uroda eleganckich i swobodnych Włochów z rękami w kieszeniach, co u nich jakoś nie razi. Buty, buciki — zabajka obuwnicza.

Mediolan, gdzie znajduję najwięcej drobnych na szczęście. Mediolan, gdzie wszystko jakoś łatwiej, pomyślniej się układa. Mediolan - gdzie nawet “dziękuję” usta porusza z tajemniczą gracją. Prężne trzypiętrowe księgarnie - wylęgarnia moleskine’ów. Mediolan - moje ulubione miasto na świecie. Mediolan - tam czuję się u siebie. Mediolan, Milano, Milan - tam mogłabym mieszkać i nigdy się nie nudzić. Życie melodyjne, gdzie codzienność to niemonotonne mormorando.

A Ty - - po co jeździsz do Włoch?