O niektórych rzeczach nie powinno mówić się głośno…
Nie wylatuję do Londynu. Nie wylatujemy.
Niestety nie możemy Wam napisać dlaczego - na razie.
O niektórych rzeczach nie powinno mówić się głośno…
Nie wylatuję do Londynu. Nie wylatujemy.
Niestety nie możemy Wam napisać dlaczego - na razie.
Choruję.
Nieco ponad tydzień temu moje płuca i gardło zaatakowała dziwna (raczej nie filipińska) choroba. Kaszlałem, jak oszalały z częstotliwością 1 kaszlnięcie na 30 sekund (czyli 2 kaszlnięcia na minutę, albo 120 kaszlnięć na godzinę) przeciętnie, bolały mnie plecy, a za 14 godzin miałem mieć egzamin z socjologii, ustny (sic!). Postanowiłem udać się do przychodni akademickiej i przypomniało mi się, że choruję w tym kraju nie tylko ja (godzina 8 rano z minutami, pusta poczekalnia, a ja jestem zdany na łaskę pani doktor), służba zdrowia choruje. I stan jej jest tak mizerny, że można by już pisać nekrologi zatytułowane “św. Polska Służba Zdrowia”.
Pani doktor zadała mi, studentowi, bardzo dziwne pytanie - “jaką ma Pan temperaturę?”. Z udzielonej odpowiedzi (“Otwieracz do piwa, czy korkociąg się w mieszkaniu studenckim zawsze znajdzie, ale termometr?!”) nie była zadowolona. Przepisała leki i na szczęście wyszedłem z przychodni tego samego dnia kalendarzowego, co do nie wszedłem. A socjologię zaliczyłem, może nie śpiewająco, ale kaszląco na pewno.
W ogóle nie o tym miałem pisać!!!!!!!!! Z choroby wykaraskałem się w 2-3 dni. Michał, mój współlokator, dłużej ją znosić musi, a ja czuję się winny tej sytuacji.
Po mojej chorobie fizycznej nie ma już właściwie śladu, ale zostaje problem z chorobą psychiczną. Jako, że internet wie wszystko, a czego nie ma w googlach to nie istnieje poszukałem nazwy mojej choroby właśnie tam. Wikisłownik podpowiedział mi, że:
przyrostek -filia określa upodobania, zamiłowania, skłonności do czegoś
Jeżeli mam świra na punkcie brytyjskiego akcentu, a zgodnie z definicją słownikową upodobałem sobie i mam skłonność do tego akcentu, to czy można to nazwać, na przykład, brytofilią?
Świadom tego, że akcentów brytyjskich jest wiele, smakuje każdy po kolei. Rozkochuje swoje uszy w dialogach z filmów takich, jak “Lock, Stock and Two Smoking Barrels”, czy “Snatch”. Później do tego dodaję szczyptę “Trainspotting” i zaczynam powoli wariować. Kiedy wstaję i krzątam się po pokoju z głośników mojego starego, ale jeszcze działającego, laptopa śpiewa dla mnie Kate Nash. Czasami Lily Allen podpowiada mi to i owo. Razem z Amy Winehouse podśpiewujemy sobie pewien refren, bo mamy wspólne problemy (i nie chodzi tyle o “Love is a loosing game”, a bardziej o “They tried to make me go to rehab.. I said no, no, no”).
Nawet dobrze nie pamiętam od czego się to wszystko zaczęło. Pewnego razu zasłyszałem zremiksowane “Fit but you know it” The Streets z Kano i Lady Sovereign (hot!). Jakoś 3 dni później miałem wszystkie płyty, jakie wydali do tej pory. Cytowanie z pamięci “Dry your eyes” często pomagało, “Blinded By The Lights” odwzorowywało niektóre imprezy, “Don’t Mug Yourself” okazywało się filozofią życiową.
Przy okazji słucham Lady Sovereign. Oszalałem, kiedy poznałem Just Jack - na jednym portalu społecznościowym zostali porównaniu właśnie do The Streets. Musiałem ich posłuchać i tak słucham od dzisiaj - serwis last.fm, który zbiera dane o tym, czego słucham na moim starym, ale jeszcze działającym laptopie, mówi o 773 razach
I tak życie się toczy, wokół zamiłowania do brytyjskiego akcentu, i tym akcentem jest opisywane i komentowane. Czas posmakować go w wersji live - 5 dni do wylotu
7 dni do wylotu. Dzisiaj będzie o Wielkiej Brytanii i Londynie tylko pośrednio. Odkopałem film, który nakręciłem przy okazji pobytu z JJ w Hiszpanii, a dokładniej w Gibraltarze. Pierwszy raz w życiu widziałem, żeby wstrzymywano ruch pieszych i wszelkich pojazdów na drodze dla umożliwienia startu samolotom. Państwo to jest na tyle małe, że pas startowy krzyżuje się z jedyną ulicą, która prowadzi z La Linea do Gibraltaru. Opuszczaliśmy już wtedy Gibraltar wędrując wzdłuż alei Winstona Churchilla w kierunku Hiszpanii, kiedy zauważyliśmy korek i szlabany. Wyciągnąłem szybko aparat, opcja “record” i oto, co udało mi się złapać.
Lubisz, gdy samolot startuje? Wbija Ciebie w siedzenie, masz świadomość, że cała maszyna gwałtownie przyspiesza, ale tego już tak bardzo nie odczuwasz. Słyszysz, jak rozpędzone koła, kręcąc się, uderzają o pas startowy potrząsając trochę samolotem. Masz świadomość, że wszystko przestaje zależeć od Ciebie, ale od tego gościa siedzącego za kokpitem, facet w wieżyczce i (czasami) sił nadprzyrodzonych. I nagle w Twojej psychice załącza się nowy stan świadomości - jestem w powietrzu…
8 dni do wylotu. Jakoś trzeba będzie sobie zorganizować noclegi na Wyspach, cztery noclegi. Ten ostatni, co już ustaliliśmy, spędzamy na Stansted, czekając na poranny lot. Dwie noce zostaną spędzone odpowiednio: u krewnych Qbalki (pierwsza), no i u naszej bardzo dobrej znajomej, Mileny, którą los przegnał aż tak daleko.
Jak znajdziemy pierwszy nocleg w Londynie? Przez Couchsurfing. Nie pamiętam nawet, od kiedy jestem członkiem tej sieci - chyba od początku wakacji 2006 roku. Szykowaliśmy z Michałem wyprawę po Portugalii oraz Hiszpanii i wynalazłem link do tego serwisu na którymś z serwisów społecznościowych. Idea CouchSurfingu polega na wymienianiu się ( oferowaniu sobie nawzajem) miejsc noclegowych, kanap, a czasami nawet miejsc na podłodze - na całym świecie, w niemal każdym zakątku globu.
Wróćmy do ów 2006 roku. W środku sezonu szukałem kogokolwiek, kto mógłby mnie przenocować, nawet na podłodze. Rozesłałem w sumie kilkaset request’ów, czyli prywatnych wiadomości z prośbą o przenocowanie. Większość odpisywała mi, że już od paru miesięcy mają zapełniony grafik noclegów. Mój i Michała błąd, jak skończył się brak możliwości couchsurfingowania u Portugalczyków i Hiszpanów, opowiem przy innej okazji.
Bogatszy o doświadczenia wiedziałem, jak zabrać się za te sprawy w następne wakacje. Rok później, w Kadyksie na placu, którego nazwy nie pamiętam, o określonej godzinie czekaliśmy z JJ na pewnego przystojnego Hiszpana. Po kilku minutach rozmowy, ot tak sobie dał nam klucze do swojego mieszkania, tłumacząc się nam, że musi wracać do pracy. Pożegnał się jeszcze “bye, my friends” i poszedł… Takie zaufanie! No i nocleg za free w bardzo komfortowych warunkach. Plus możliwość porozmawiania następnego dnia przy popołudniowej kawie z osobą nas goszczącą
Nocleg w Londynie przez CouchSurfing też się znalazł - i to, o dziwo, po 15 minutach od rozesłania request’ów. Chyba polubię to miasto.
13 dni do wylotu. Zwątpienie w bilety za 2PLN w dwie strony pojawiło się gdzieniegdzie. Dlatego najpierw dla wszystkich niedowiarków wklejam poniżej wyciętą część naszego wydrukowanego Itinerary. Wszystko widoczne, jak czarne na białym, a właściwie niebieskie na białym

Oczywiście nie bierzemy żadnych dodatkowych walizek - ot 10kg bagażu podręcznego wystarczy, chociaż będzie to trochę uciążliwe. Będzie trzeba zrezygnować chociażby z maszynki do golenia (bo ponoć mogę nią sterroryzować pół cabin crew, później cały samolot), płynów o określonych pojemnościach (nie wiem dlaczego, ale Unia Europejska wie). Tasaków, siekier oraz scyzoryków szwajcarskich i tak nie miałem zamiaru ze sobą zabierać. Lecimy też bez ubezpieczenia, bo po co ubezpieczać się przy lataniu samolotem? (An exit-door procedure at 1000 ft. The illusion of safety)
Koszty wyprawy na 2 złotych nie zatrzymają się na pewno. Już znaleźliśmy najtańszy sposób na przetransportowanie się z lotniska Stansted do centrum Londynu. Koszt? 8 funtów za bilet w dwie strony. Surownym okiem matematyka i ekonomisty mogę stwierdzić, że za jedną złotówkę przelecę około 1300 km, a po wylądowaniu za tą samą złotówkę przejadę się autobusem około 2,5 kilometra. 520-krotnie mniej… świat staję na głowie!
No i czas na organizowanie noclegów w samej stolicy Wielkiej Brytanii - znajomi, kuzynki, koledzy i CouchSurfing - wszystko za absolutne free. O tym już przy okazji następnej notki.
15 dni do wylotu. Chyba warto przypomnieć, od czego się to wszystko zaczęło. Podkreślam, że Londyn nie był nigdy szczytem moich marzeń turystycznych i podróżniczych. Nawet nigdy nie był ich celem. Jeśli już, to w mojej wyobraźni Londyn służył jako miejsce przesiadki - przylatywałem z Warszawy na Heathrow, a stamtąd odlatywałem na Malediwy, czy w kierunku jeszcze odleglejszych i cieplejszych krainy.
Oto mały flashback. Londyn, jako cel podróży, pojawił się dokładnie 8 stycznia 2008 roku. Wtedy właśnie jakimś cudem okazało się, że jest możliwa podróż z Gdańska do Londynu w obie strony, bez płacenia żadnych podatków i opłat lotniskowych, za… 2 złote. Szok i pozytywne zaskoczenie! - synonimy promocji Ryanair. Może jakaś pomyłka? Może błąd w systemie komputerowym? Ale mamy rezerwacje na papierze i będziemy się tej wersji trzymać. Jedyne utrudnienie polega na tym, że możemy wziąć tylko bagaż podręczny o wadze maksymalnej tylko 10 kg.
Ekipa wypadowa znalazła się natychmiast - oczywiście ja, do tego Qbalka, a jako swego rodzaju dodatek - Buldek i Juljia… ale tak szybko, jak się zdecydowali na podróż, tak szybko zrezygnowali. Do podróży startujemy więc we dwójkę - ja i Qbalka. 5 dni. W sumie około 3000 kilometrów do przebycia.
Zasada lowcost nr 1: Loty za złotówkę zdarzają się bardzo rzadko, ale się zdarzają