lutego 15


Choruję.

 

Nieco ponad tydzień temu moje płuca i gardło zaatakowała dziwna (raczej nie filipińska) choroba. Kaszlałem, jak oszalały z częstotliwością 1 kaszlnięcie na 30 sekund (czyli 2 kaszlnięcia na minutę, albo 120 kaszlnięć na godzinę) przeciętnie, bolały mnie plecy, a za 14 godzin miałem mieć egzamin z socjologii, ustny (sic!). Postanowiłem udać się do przychodni akademickiej i przypomniało mi się, że choruję w tym kraju nie tylko ja (godzina 8 rano z minutami, pusta poczekalnia, a ja jestem zdany na łaskę pani doktor), służba zdrowia choruje. I stan jej jest tak mizerny, że można by już pisać nekrologi zatytułowane “św. Polska Służba Zdrowia”.
Pani doktor zadała mi, studentowi, bardzo dziwne pytanie - “jaką ma Pan temperaturę?”. Z udzielonej odpowiedzi (“Otwieracz do piwa, czy korkociąg się w mieszkaniu studenckim zawsze znajdzie, ale termometr?!”) nie była zadowolona. Przepisała leki i na szczęście wyszedłem z przychodni tego samego dnia kalendarzowego, co do nie wszedłem. A socjologię zaliczyłem, może nie śpiewająco, ale kaszląco na pewno.
W ogóle nie o tym miałem pisać!!!!!!!!! Z choroby wykaraskałem się w 2-3 dni. Michał, mój współlokator, dłużej ją znosić musi, a ja czuję się winny tej sytuacji.

 

Po mojej chorobie fizycznej nie ma już właściwie śladu, ale zostaje problem z chorobą psychiczną. Jako, że internet wie wszystko, a czego nie ma w googlach to nie istnieje poszukałem nazwy mojej choroby właśnie tam. Wikisłownik podpowiedział mi, że:

przyrostek -filia określa upodobania, zamiłowania, skłonności do czegoś

Jeżeli mam świra na punkcie brytyjskiego akcentu, a zgodnie z definicją słownikową upodobałem sobie i mam skłonność do tego akcentu, to czy można to nazwać, na przykład, brytofilią?

Świadom tego, że akcentów brytyjskich jest wiele, smakuje każdy po kolei. Rozkochuje swoje uszy w dialogach z filmów takich, jak Lock, Stock and Two Smoking Barrels”, czy “Snatch”. Później do tego dodaję szczyptę “Trainspotting” i zaczynam powoli wariować. Kiedy wstaję i krzątam się po pokoju z głośników mojego starego, ale jeszcze działającego, laptopa śpiewa dla mnie Kate Nash. Czasami Lily Allen podpowiada mi to i owo. Razem z Amy Winehouse podśpiewujemy sobie pewien refren, bo mamy wspólne problemy (i nie chodzi tyle o “Love is a loosing game”, a bardziej o “They tried to make me go to rehab.. I said no, no, no”).

Nawet dobrze nie pamiętam od czego się to wszystko zaczęło. Pewnego razu zasłyszałem zremiksowane “Fit but you know it” The Streets z Kano i Lady Sovereign (hot!). Jakoś 3 dni później miałem wszystkie płyty, jakie wydali do tej pory. Cytowanie z pamięci “Dry your eyes” często pomagało, “Blinded By The Lights” odwzorowywało niektóre imprezy, “Don’t Mug Yourself” okazywało się filozofią życiową.

Przy okazji słucham Lady Sovereign. Oszalałem, kiedy poznałem Just Jack - na jednym portalu społecznościowym zostali porównaniu właśnie do The Streets. Musiałem ich posłuchać i tak słucham od dzisiaj - serwis last.fm, który zbiera dane o tym, czego słucham na moim starym, ale jeszcze działającym laptopie, mówi o 773 razach :-)

I tak życie się toczy, wokół zamiłowania do brytyjskiego akcentu, i tym akcentem jest opisywane i komentowane. Czas posmakować go w wersji live - 5 dni do wylotu :-)


lutego 13


7 dni do wylotu. Dzisiaj będzie o Wielkiej Brytanii i Londynie tylko pośrednio. Odkopałem film, który nakręciłem przy okazji pobytu z JJ w Hiszpanii, a dokładniej w Gibraltarze. Pierwszy raz w życiu widziałem, żeby wstrzymywano ruch pieszych i wszelkich pojazdów na drodze dla umożliwienia startu samolotom. Państwo to jest na tyle małe, że pas startowy krzyżuje się z jedyną ulicą, która prowadzi z La Linea do Gibraltaru. Opuszczaliśmy już wtedy Gibraltar wędrując wzdłuż alei Winstona Churchilla w kierunku Hiszpanii, kiedy zauważyliśmy korek i szlabany. Wyciągnąłem szybko aparat, opcja “record” i oto, co udało mi się złapać.

Lubisz, gdy samolot startuje? Wbija Ciebie w siedzenie, masz świadomość, że cała maszyna gwałtownie przyspiesza, ale tego już tak bardzo nie odczuwasz. Słyszysz, jak rozpędzone koła, kręcąc się, uderzają o pas startowy potrząsając trochę samolotem. Masz świadomość, że wszystko przestaje zależeć od Ciebie, ale od tego gościa siedzącego za kokpitem, facet w wieżyczce i (czasami) sił nadprzyrodzonych. I nagle w Twojej psychice załącza się nowy stan świadomości - jestem w powietrzu…


lutego 12


8 dni do wylotu. Jakoś trzeba będzie sobie zorganizować noclegi na Wyspach, cztery noclegi. Ten ostatni, co już ustaliliśmy, spędzamy na Stansted, czekając na poranny lot. Dwie noce zostaną spędzone odpowiednio: u krewnych Qbalki (pierwsza), no i u naszej bardzo dobrej znajomej, Mileny, którą los przegnał aż tak daleko.

 

Jak znajdziemy pierwszy nocleg w Londynie? Przez Couchsurfing. Nie pamiętam nawet, od kiedy jestem członkiem tej sieci - chyba od początku wakacji 2006 roku. Szykowaliśmy z Michałem wyprawę po Portugalii oraz Hiszpanii i wynalazłem link do tego serwisu na którymś z serwisów społecznościowych. Idea CouchSurfingu polega na wymienianiu się ( oferowaniu sobie nawzajem) miejsc noclegowych, kanap, a czasami nawet miejsc na podłodze - na całym świecie, w niemal każdym zakątku globu.

Wróćmy do ów 2006 roku. W środku sezonu szukałem kogokolwiek, kto mógłby mnie przenocować, nawet na podłodze. Rozesłałem w sumie kilkaset request’ów, czyli prywatnych wiadomości z prośbą o przenocowanie. Większość odpisywała mi, że już od paru miesięcy mają zapełniony grafik noclegów. Mój i Michała błąd, jak skończył się brak możliwości couchsurfingowania u Portugalczyków i Hiszpanów, opowiem przy innej okazji.

Bogatszy o doświadczenia wiedziałem, jak zabrać się za te sprawy w następne wakacje. Rok później, w Kadyksie na placu, którego nazwy nie pamiętam, o określonej godzinie czekaliśmy z JJ na pewnego przystojnego Hiszpana. Po kilku minutach rozmowy, ot tak sobie dał nam klucze do swojego mieszkania, tłumacząc się nam, że musi wracać do pracy. Pożegnał się jeszcze “bye, my friends” i poszedł… Takie zaufanie! No i nocleg za free w bardzo komfortowych warunkach. Plus możliwość porozmawiania następnego dnia przy popołudniowej kawie z osobą nas goszczącą :-)

Nocleg w Londynie przez CouchSurfing też się znalazł - i to, o dziwo, po 15 minutach od rozesłania request’ów. Chyba polubię to miasto.


lutego 07


13 dni do wylotu. Zwątpienie w bilety za 2PLN w dwie strony pojawiło się gdzieniegdzie. Dlatego najpierw dla wszystkich niedowiarków wklejam poniżej wyciętą część naszego wydrukowanego Itinerary. Wszystko widoczne, jak czarne na białym, a właściwie niebieskie na białym :-)

 

Część rachunku Ryanair

 

Oczywiście nie bierzemy żadnych dodatkowych walizek - ot 10kg bagażu podręcznego wystarczy, chociaż będzie to trochę uciążliwe. Będzie trzeba zrezygnować chociażby z maszynki do golenia (bo ponoć mogę nią sterroryzować pół cabin crew, później cały samolot), płynów o określonych pojemnościach (nie wiem dlaczego, ale Unia Europejska wie). Tasaków, siekier oraz scyzoryków szwajcarskich i tak nie miałem zamiaru ze sobą zabierać. Lecimy też bez ubezpieczenia, bo po co ubezpieczać się przy lataniu samolotem? (An exit-door procedure at 1000 ft. The illusion of safety)

 

Koszty wyprawy na 2 złotych nie zatrzymają się na pewno. Już znaleźliśmy najtańszy sposób na przetransportowanie się z lotniska Stansted do centrum Londynu. Koszt? 8 funtów za bilet w dwie strony. Surownym okiem matematyka i ekonomisty mogę stwierdzić, że za jedną złotówkę przelecę około 1300 km, a po wylądowaniu za tą samą złotówkę przejadę się autobusem około 2,5 kilometra. 520-krotnie mniej… świat staję na głowie!

No i czas na organizowanie noclegów w samej stolicy Wielkiej Brytanii - znajomi, kuzynki, koledzy i CouchSurfing - wszystko za absolutne free. O tym już przy okazji następnej notki.


lutego 05


15 dni do wylotu. Chyba warto przypomnieć, od czego się to wszystko zaczęło. Podkreślam, że Londyn nie był nigdy szczytem moich marzeń turystycznych i podróżniczych. Nawet nigdy nie był ich celem. Jeśli już, to w mojej wyobraźni Londyn służył jako miejsce przesiadki - przylatywałem z Warszawy na Heathrow, a stamtąd odlatywałem na Malediwy, czy w kierunku jeszcze odleglejszych i cieplejszych krainy.

Oto mały flashback. Londyn, jako cel podróży, pojawił się dokładnie 8 stycznia 2008 roku. Wtedy właśnie jakimś cudem okazało się, że jest możliwa podróż z Gdańska do Londynu w obie strony, bez płacenia żadnych podatków i opłat lotniskowych, za… 2 złote. Szok i pozytywne zaskoczenie! - synonimy promocji Ryanair. Może jakaś pomyłka? Może błąd w systemie komputerowym? Ale mamy rezerwacje na papierze i będziemy się tej wersji trzymać. Jedyne utrudnienie polega na tym, że możemy wziąć tylko bagaż podręczny o wadze maksymalnej tylko 10 kg.

Ekipa wypadowa znalazła się natychmiast - oczywiście ja, do tego Qbalka, a jako swego rodzaju dodatek - Buldek i Juljia… ale tak szybko, jak się zdecydowali na podróż, tak szybko zrezygnowali. Do podróży startujemy więc we dwójkę - ja i Qbalka. 5 dni. W sumie około 3000 kilometrów do przebycia.

Zasada lowcost nr 1: Loty za złotówkę zdarzają się bardzo rzadko, ale się zdarzają :)


lutego 05


Kilka słów wstępu się należy ze strony szefostwa. Od samego początku nie będzie Wam tutaj nudno - będziecie mieli szansę przeczytać relacje z przygotowań do dwóch mini-wypadów.

Jeden obrany kierunek to południe i Mediolan. Stolica mody, styl, szyk, przystojni Włosi - czego chcieć więcej ;) Zobaczymy, jak wygląda krajobraz po niedawnych odzieżowych obniżkach cen.

Drugi kierunek to północny zachód i Londyn - tam jedziemy nie po to, żeby znaleźć pracę, ale żeby odkryć piękno stolicy Anglii, napić się herbatki o piątej po południ i zmoknąć przez typowe angielskie opady deszczu.

Postaramy się Wam pokazać, co to znaczy prawdziwy “lowcost” - zarówno jeśli chodzi o latanie, jak i jedzenie, zwiedzanie i spanie. Zostańcie z nami - nie pożałujecie.