Pobudka o 7.oo rano. Standard dla ludzi pracy, absolutna nienormalność dla mnie. Szybkie wskoczenie na komputer, rzucenie okiem na te newsy, które w ogóle mnie nie interesują. Ale zaraz potem przejrzenie wiadomości związanych z tym, co się dzieje w Belgradzie. I dłuższa analiza relacji, jak się skończyła wczorajsza debata Obama vs Clinton, której nie obejrzałem do końca rezygnując około 3:35AM czasu polskiego.
Nie pakuję się w ogóle, bo wczoraj się nie rozpakowywałem. Po 20 minutach jestem na kaliskim dworcu kolejowym. W pociągu od Innych odgradzają mnie dwie rzeczy. Słuchawki, które połączone z mp3playerem, odtwarzają nową płytkę Kate Nash (pisałem o niej przy okazji mojej brytofilii, która jak widać - nie minęła). Drugą rzeczą jest książka o facecie, który chociaż podróżnikiem nie jest, to zwiedził pół świata.. z czego część z niezbyt ciekawych warunkach. Tak się składa, że teraz jest szefem polskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych.
Po trzech godzinach tułaczki jestem w Poznaniu. Czas na prysznic, zawiązanie krawata, wrzucenie na siebie bardziej formalnych ubrań, i… na małe przepakowanie w plecaku. Potem gościnny rosół, herbata, napisanie tej notki… i wyruszam na Toruń. Nie lubię zostawać w miejscu ![]()